niedziela, 12 czerwca 2016

Zoo w Bazylei

W zeszłą sobotę odwiedziłam zoo w Bazylei. Najstarszy z dzieciaków miał tam przyjęcie urodzinowe, ale ja w nim nie uczestniczyłam. Posiadam kartę ColourKey, dzięki której mam roczny darmowy wstęp do zoo, wszystkich muzeów i zniżki do wielu miejsc. Mój plan jest taki, żeby w ciągu tego roku zobaczyć wszystkie muzea, z których relację będę zdawać na blogu! Byłam już w jednym muzeum, ale naprawdę ciężko mi się zebrać, żeby napisać posty. W przygotowaniu mam post na temat mojego kursu językowego, ale kiepsko mi idzie. 

Przechodząc już tylko do zoo. Jest cudowne! Nie zdołałam zobaczyć wszystkich obiektów, zaledwie 1/3 zoo (byłam tam niecałe 3 godziny), ale mimo wszystko zobaczyłam zwierzęta, których nie widziałam nigdy na oczy jak np. żyrafy, słonie, nosorożce, hipopotamy czy pingwiny. Żyrafy są moimi ulubieńcami póki co! 

Od wtorku jest ze mną R. - summer au pair z Irlandii, którą od razu bardzo polubiłam! W końcu mam się do kogo odezwać w domu i się nie nudzimy. Byłyśmy na niezłym zwiedzaniu w centrum i już planuję dla nas kolejne wyprawy. Relacje również będą pojawiać się na blogu, także zapraszam do śledzenia!




Ta żyrafa, to Pan Żyrafa, a w środku były jego trzy kobiety. :)


Myślę, że to najlepsze ujęcie, jakie udało mi się zrobić tamtego dnia!


piątek, 3 czerwca 2016

Słów parę o host rodzince

Cześć i czołem! Właśnie sobie zdałam sprawę, że posty będą tak bardzo nieregularne... Ale inaczej się nie da! Wiele się dzieje i pomimo że nie pracuję długo, to staram się wychodzić i poznawać nowych ludzi - i uwaga, poznałam ich już naprawdę sporo.


Zacznijmy od początku - rodzina jest naprawdę niesamowita, zapewniają mi wszystko czego duszy potrzeba, ciągle pytają czy czegoś mi nie brakuje, czy chcę, żeby mi coś kupili. Na start zapewnili mi odnawialną kartę podarunkową, na której umieścili 100chf do jednej z sieci sklepów spożywczych. Po co? Dlaczego? A otóż to, gdybym była z chłopcami na mieście i zechcieliby coś słodkiego - idę i kupuję, to samo tyczy się mnie! Nie muszę wydawać swoich pieniędzy na wodę, przekąskę, kiedy jestem z dziewczynami daleko od domu (a prawdę mówiąc nigdy mnie nie ma w jego pobliżu).

Zapewniają mi miesięczny bilet: U-Abo - bilet na KAŻDY środek komunikacji w kantonach Basel-Stadt i Basel-Landschaft. Jedyne co czym muszę pamiętać, to żeby kupić ten bilet pod koniec każdego miesiąca (pieniądze na bilet przelewają mi wraz z wypłatą).

Z host rodzicami dogaduję się beż żadnych problemów. Rozmawiamy o wszystkim - o każdej błahostce. Już kilka razy zdarzyło mi się siedzieć z HM i rozmawiać o podróżach i uwaga tutaj! Na każdą ich weekendową wyprawę jestem zaproszona. Oczywiście jeśli mam inne plany, to jak najbardziej mogę robić co chcę, ale ja chcę zwiedzić jak najwięcej się da, a dzięki nim będzie to naprawdę ułatwione.

Zapewniają mi też wakacyjną pomoc - we wtorek przylatuje summer au pair z Irlandii. Rachel ma być dodatkową parą rok w okresie wakacyjnym, kiedy chłopcy nie będą chodzić do szkoły. Rodzice nie chcą, żeby cała odpowiedzialność za trójkę dzieciaków spadła tylko i wyłącznie na mnie, bo czasem naprawdę nie można się rozdwoić.

Miałam problem z zakupem nowego telefonu... system krzyczał jak głupi "negatywny" i nikt nie wiedział o co chodzi. HD kupił mi ten telefon - co prawda w zamian za moją lipcową wypłatę, ale ta wypłata jest mniejsza niż cena telefonu! Reszta to prezent, podziękowanie za opiekę nad dziećmi.

...I właśnie dzieci! Dzieci są niesamowite, nie wiem jak to się stało, ale zero komputera, telewizora, telefonów sprawiają, że dzieci są warte złota! Bardzo się polubiliśmy, mała się mnie nie boi, a gdy tydzień temu byłam na weekend u rodziców, po powrocie cała trójka się poprzytulała - dwa dni, a stęsknili się jakby mnie ze dwa tygodnie nie było!

Według koleżanek poprzedniej au pair (które są teraz moimi koleżankami) rodzina, u której jestem jest bardzo fair. Nie stanie mi się krzywda i opłaca się robić coś na zaś pozaprogramowo, a słuchając opowieści o ich rodzinach to uwierzcie - trafiło mi się niesamowicie dobrze! NAPRAWDĘ LEPIEJ BYĆ NIE MOŻE!




wtorek, 24 maja 2016

Welcome to Basel-Land!

W sobotę 21. maja wybrałam się na spacer po okolicy. Ale nie do miasta, o nie, nie! Poszłam się przejść polnymi drogami i zdecydowałam się, że nie wrócę do domu dopóki nie zrobię 10 000 kroków. Chciałam dojść do granicy z Francją, ale pomyliły mi się kierunki, więc ostatecznie doszłam do miejsca, gdzie zaczyna się sąsiednia miejscowość. Widoki po drodze zapierały dech w piersiach! Bardzo podoba mi się to, że mogę pójść na spacer, jogging, cokolwiek i nie będzie przy tym tłumów. Tymi drogami poruszają się tylko ludzie, którzy mają cele podobne do moich, także naprawdę duży plus. 

Wiecie co jest tutaj ciekawe? Nie wiem jak w innych państwach, ale są tutaj punkty, gdzie można samemu zebrać sobie kwiaty, a pieniądze wkłada się do puszki na to przeznaczonej. W Polsce pewnie nie byłoby ani kwiatów, ani pieniędzy!

Zaobserwowałam też dużo stadnin w pobliżu oraz łąk, gdzie pasą się krowy. Z jednej strony miasto, a z drugiej wieś - dosłownie. Z wiejską stroną związane są wszelkie obrzydliwe owady i łajno na drodze, ale nie ma źle. Pośród pól, gdzie słońce grzeje naprawdę mocno można się opalić. Sama opaliłam dziś ręce i dekolt, ale niestety został mi biały pasek po torebce przed ramię. 









piątek, 20 maja 2016

Pierwszy tydzień jako au pair

Swoją podróż zaczęłam o 3:00 rano, kiedy to musiałam wstać. O 4:50 miałam mieć busa, który nie przyjechał - wyobraźcie sobie mnie panikującą, że nie zdążę na samolot. O 5:30 przyjechał inny bus i wybłagałam kierowcę, żeby mnie wziął. O 10:00 byłam na Placu Defilad w Warszawie. I co dalej? Nie wiedziałam co robić, czułam, że zaraz się zgubię, więc wzięłam taksówkę - jeśli kogoś interesuje ile kosztuje taksówka z Placu Defilad na Okęcie, to powiem wam, że ja wynegocjowałam 65zł. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale byłam tak zestresowana, że zaryzykowałam. Byłam na lotnisku 4 godziny przed odlotem. Ledwie wytrzymałam 2 godziny do odprawy, nie miałam co robić, pomimo że w torebce miałam 2 książki. Po odprawie było już z górki. Nie czekałam długo, a na strefie bezcłowej kupiłam butelkę wody za ostatnie 6zł w portfelu (przyleciałam do Bazylei z 50 groszami w żółciakach). Lot był fantastyczny, dalej nie mogę uwierzyć, że leciałam. Na początku kręciło mi się w głowie, pewnie przez gwałtowną zmianę ciśnienia, ale do końca podróży, która trwała zaledwie 1 godzinę 15 minut, czułam się fantastycznie!



Z lotniska odebrał mnie host i dwoje z dzieci. Podróż do domu nie trwała długo, może 15 minut. Zostałam miło powitana przez resztę domowników, a potem poszłam się odświeżyć po podróży. Rozpakowałam walizki, przygotowałam prezenty, a wieczorem udałam się na dół na kolację, na której była również moja poprzedniczka M. Wspaniała dziewczyna! Dostałam od niej list, w którym zawarła wskazówki, gdzie udać się w Bazylei na kawę/herbatę/jedzenie i nie wydać dużo. Dostałam również nazwiska i numery telefonów jej koleżanek, które z chęcią się ze mną zapoznają! Przy okazji powiedziała mi "Będzie ci tutaj dobrze, lepiej trafić nie mogłaś" i popłakała się. Myślę, że faktycznie rodzina jest wspaniała.

Pierwsza noc była dla mnie cudowna, wyspałam się jak nigdy - a to za sprawą świetnego materaca. Kazali mi spać do 9:00, ale zrobiłam to o 6:00. Nawet byłam pierwsza w kuchni na śniadaniu, szok, niedowierzanie. Pojechałam z hostem zawieźć dzieci do szkoły, potem załatwialiśmy papierki. Następnie miałam ok. 3 godzin wolnego, pojechałam z hostką po dzieci i zajmowałam się nimi do 19:00. Pierwszy dzień wyszło chyba właśnie równe 6 godzin tak jak powinnam pracować.

Mniej więcej tak wygląda cała dzielnica, w której mieszkam.
Drugiego dnia miałam zacząć pracę o 10:30, ale wstałam o 6:30, zebrałam się i o 7:40 jadłam śniadanie. Zdecydowałam się pójść na pocztę, która mieści się w centrum - ok. 15 minut spacerkiem. Jedynie co, kiedy szłam na pocztę droga prowadziła z górki, a z powrotem musiałam się wspinać, a na koniec się zgubiłam i kręciłam się między uliczkami.
Pracę ostatecznie zaczęłam o 11:00 i pracowałam do ok. 17:00. Zostałam rzucona na głęboką wodę - zostałam sama z małą X. w domu i musiałam położyć ją do spania, ale jestem z siebie dumna! Wszystko poszło tak jakbym chciała. Chłopcy lubią się ze mną bawić, więc nie ma źle. Dodatkowo na każdym kroku pytają mnie, czy czegoś potrzebuję i uświadamiają mnie, że jestem członkiem rodziny.

Czwartek w większości jest moim dniem off (zarówno jak wtorki). Jedynym moim zadaniem jest odebranie dzieci ze szkoły o 15:30 (muszę wyjść o 14:45 i wracam po 16:00). Wstałam rano z pełnym zapałem, zjadłam śniadanie, posprzątałam kuchnię i salon, poćwiczyłam, ogarnęłam się i oznajmiłam HM, że jadę do centrum na spacer - spacer skończył się zakupami z powodu okropnego deszczu. Spotkałyśmy się z HM pod szkołą, wzięłam X. i T. do domu, a ona z R. pojechała na zajęcia pozalekcyjne. Kiedy wróciła do domu powiedziała mi, że nie muszę sprzątać jak jestem off (chodziło o kuchnię z rana), musiałam jej wytłumaczyć, że to mnie nie kosztowało dużo, a zawsze jest miło. Żebyście widzieli jej minę i to jak mi dziękowała, że jest bardzo wdzięczna! Po prostu wow!



Piątek był najbardziej pracowitym dniem tego tygodnia. Zaczęłam zgodnie z planem o 8:00. Zaliczyłam pierwsze zmienianie pieluch, ponownie zostałam sama z małą, ale niestety dziś nie była w dobrym nastroju. Minutę się śmiała, minutę płakała i tak w kółko. Czasem chciałabym zrozumieć o czym te dzieciaki myślą, że płaczą bez powodu. Przed 13:00 zjadłam z HM lunch, przebrałam się i pojechałam po chłopców do szkoły. Okazało się, że nasz autobus do domu będzie za 25 minut, więc zdecydowaliśmy się iść na piechotę, co zajęło nam dokładnie 25 minut. Czasem warto się spiąć, bo jednak lepiej się przespacerować niżeli czekać w upale taki czas. Dzięki temu spacerowi odkryłam piękne miejsce nieopodal domu (lasy, pola, łąki na granicy szwajcarsko-francuskiej), jest tam wiele dróżek, więc muszę wsiąść na rower i zobaczyć co kryje ta okolica.

Cały tydzień po trochu pisałam ten post! Już wiem jak wygląda życie au pair - i pomimo tego, że jednak mam trochę czasu wolnego, to rozmawiam dużo z rodziną i znajomymi, nadrabiam zaległości internetowe, a żeby napisać sensowny post trzeba trochę przysiąść.
Wkrótce napiszę o pierwszych zajęciach języka niemieckiego, na których czułam się zażenowana sama sobą oraz coś o mojej okolicy, jeżeli wybiorę się na przejażdżkę rowerową. 

środa, 11 maja 2016

Słowacki wielkim poetą był

... cóż tak wielkim, że nawet na maturze się nie trafił. Dziś kilka słów o maturze, o tym jak ja ją odebrałam i jak mi poszło podczas wszystkich egzaminów. Postaram się, żeby ten pogadankowy post nie był zbyt długi (bo w ostatnim rozpisałam się aż nadto), chociaż jak pewnie zauważyliście - piszę dużo, gdyż zawsze mam dużo do powiedzenia. Ale to chyba moja negatywna cecha charakteru (chociaż...).

4 maja
Język polski był dla mnie miłym zaskoczeniem. Tej nocy spałam ledwie ponad godzinę, ale podczas tego snu śnił mi się "Pan Tadeusz". Poprzedniego dnia namiętnie powtarzałam tę lekturę, a długopisy rozpisywałam pisząc na kartce "Adam Mickiewicz". Z histerią wybrałam się do szkoły. Nie było po co tak panikować! Kiedy nareszcie mogłam otworzyć arkusz byłam bardzo szczęśliwa. Czytanie ze zrozumieniem poszło mi średnio, ale to u mnie normalnie, nie specjalnie dobrze czuję się w tego typu zadaniach. Teraz muszę czekać do lipca na wyniki - mam ogromną nadzieję, że nie palnęłam nic głupiego na wypracowaniu, a moja praca zostanie oceniona w granicach 60-65%. 

5 maja
Matematyka - ach, postrach humanistów... I w moim przypadku również, aleeee. Wychodząc z sali na 15 minut przed końcem czasu, wiedziałam, że poszło mi okej, ale nie mogę spodziewać się kokosów. A to dlaczego? A to dlatego, że zawsze byłam noga z matematyki. Obiecałam sobie, że nie sprawdzę wyników w Internecie, bo one często znacznie różnią się od prawidłowych odpowiedzi, aczkolwiek ostatecznie moja słaba wola wygrała i zajrzałam tu i ówdzie. I co?! Według odpowiedzi na tamten moment (nie było jeszcze wszystkich zadań otwartych) wychodziło mi jakieś 25 punktów! A 25 punktów to 50%! Możecie sobie tylko wyobrazić jaka byłam szczęśliwa! Od razu musiałam zadzwonić do rodziców i pochwalić się. Jestem spokojna, najgorsze ze mną!

6 maja
Angielski podstawowy - według wyników internetowych zrobiłam tylko 1 błąd. ;) Chyba powinnam się cieszyć, prawda? Co prawda, nie wiem co z mailem, ale zawsze pisałam go na maksymalną ilość punktów, więc nie mam o co się martwić. Zresztą, to było tak banalne, że aż za bardzo.

Ale za to angielski rozszerzony... Uważam, że był bardzo ambitny. Ja jak ja, jakoś sobie poradziłam. Gorzej niż przy próbnych, ale cóż. Powinnam mieć ok. 70%, gdzie zazwyczaj miałam ok. 80%. Dla mnie jest to pewnego rodzaju porażka, ale to nie moja wina, nie można być ze wszystkiego najlepszym.

9 maja
Angielski ustny - 100%!!! :D Czyż nie mogło być lepiej? Czas przeznaczony na ustny angielski to 5 minut, a ja pokonałam wszystko w zaledwie 4 minuty! Co lepsze - byłam ostatnia na liście w mojej grupie, a pan egzaminator powiedział, że byłam najlepsza. Chyba więcej dodawać nie muszę. :)

11 maja
Polski ustny. Och, wiedząc z kim będę miała ustny, to byłam okropnie przerażona! Ścisnęło mnie w gardle i weź tu człowieku idź tak na maturę. Ale wyjścia przecież nie miałam. Czekałam grzecznie na swoją kolej, a gdy już weszłam i okazało się, że trafił mi się wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera, to zbladłam. Nie mogłam sobie przypomnieć z jakiej epoki pochodzi ten oto kolejny "artysta", a poza tym nienawidzę wierszy. Nie mogłam znaleźć dla siebie niczego istotnego, czegoś w czym czułabym się dobrze, więc improwizowałam. I jak się skończyło? 36 na 40 punktów! 90%!!! Jestem z siebie tak zadowolona. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec!

Podsumowując matury, ja jestem zadowolona, uważam, że poszło mi całkiem nieźle, teraz tylko czekać na wyniku w lipcu.

niedziela, 8 maja 2016

SundayTravel: Berno

No i moi mili, tydzień do wylotu! Jestem już po maturach pisemnych, jutro ustny angielski, a we środę ustny polski. O maturach napiszę właśnie we środę, żeby podsumować moje obiekcje dotyczące tegorocznej matury. Ale póki co powiem, że nie było tak źle! A wręcz jestem zadowolona. ;)

W sobotę lub w niedzielę pojawi się post odnośnie mojego pakowania, ostatnich zakupów i pożegnań, których nie będzie tak wiele jak pisałam w jednym z ostatnich postów. Mam nadzieję, że osoby, które zechcą się ze mną pożegnać będą przyjaciółmi na długo. S. obiecała mi, że przyjeżdża do mnie w lecie. Do tego znalazłam sobie kompana na moje wyprawy po Szwajcarii, ale o tym bliżej moich wakacji, bo niczego nie mamy zaplanowanego, a poza tym wszystko może się zmienić, bo mam milion pomysłów na minutę.

Berno zachwyciło mnie "innością". Wydaje mi się, że różni się od typowych szwajcarskich miast. A to może dlatego, że ulice ciągną się i ciągną oraz znajdują się tam arkady? W każdym razie bardzo mi się tam podobało, chociaż miasto nie jest na mojej top liście szwajcarskich miejscowości.







niedziela, 1 maja 2016

SundayTravel: Lucerna

Nie mogę uwierzyć, że to już maj! W środę zaczynają się matury, a dopiero było tak daleko. Niby coś umiem, ale przez te trzy dni muszę przeczytać jeszcze kilka rzeczy na polski. Jakoś w tym momencie matematyka wydaje mi się może nie tyle prosta, o ile myślę, że jestem do niej lepiej przygotowana niż do polskiego. A szczególnie ustnego, ale ustny polski mam dopiero w przyszłą środę, więc będę miała jeszcze weekend i cały wtorek (bo w poniedziałek ustny angielski) do przygotowywania się. Struktury gramatyczne i wiersze... Jak na złość na ustnym jest to z czego jestem noga. Za dwa tygodnie lecę, muszę kupić jeszcze polskie słodycze, ale to po maturze, bo będę miała jeszcze kilka dni na to.

Uwielbiam Lucernę! Póki co, jest to moje ulubione miasto w Szwajcarii, w którym byłam. Genewa też jest cudowna, ale problem w tym, że dominuje tam język francuski, którego nienawidzę z całego serca od dawien dawna. Już jako 10-latka zostałam zmuszona przez rodziców, żeby uczęszczać na język francuski, a jak czegoś nie chcę, to nie i koniec kropka. Dobrze, że po 3 latach rodzice poddali się i pozwolili mi zmienić szkołę na taką, w której uczyli niemieckiego. 







czwartek, 28 kwietnia 2016

Ostatni "naście" rok

Miałam nie pisać tego postu, ale doszłam do wniosku, że moje 19ste urodziny są dobrym pretekstem do podsumowania lat młodzieńczych i marzeń wyśnionych w dniu poprzednich urodzin. 

W moim życiu wiele się zmieniło. Zweryfikowały się niektóre "przyjaźnie", niektóre marzenia się spełniły, a do niektórych muszę jeszcze ciężko dążyć. W ciągu ostatniego roku zawiodłam się na kilku bliskich mi osobach, czego się nie spodziewałam. Najśmieszniejsze jest to, że nie było żadnego konfliktu, z dnia na dzień byłam ignorowana. Przyznam, że pierwsze dwa miesiące byłam wściekła i szukałam "zemsty", ale trzymana przez innych znajomych poradziłam sobie ze złością i odpuściłam. 

W ciągu ostatnich trzech lat zawsze miałam jedno główne marzenie, które się spełniło. Chciałam, żeby moja rodzina była szczęśliwa i mogła spokojnie żyć z dala od polskiego zgiełku. Udało się. Za kilkanaście dni i ja opuszczam tej kraj, by w końcu móc zasmakować zachodu. Wiadomo, że wakacje dały mi pewien obraz Szwajcarii, ale dopiero teraz, gdy będę tam mieszkać wszystko się okaże, bo może tak naprawdę niepotrzebnie tak wychwalałam te państwo? Ale nie o tym. Za każdym razem, gdy byłam w Baden (miasteczko z poprzedniego postu) wybierałam się nad rzekę, gdzie znajduje się oczko wodne ze złotymi rybkami. Stojąc tyłem do tego obiektu, wrzucałam symbolicznego żółciaka i myślałam sobie życzenie. I nie wiem czy te oczko ma moc sprawczą, czy po prostu byłam mocno zdeterminowana, ale póki co idzie po mojej myśli. Na pewno przy kolejnej okazji również pomyślę życzenie, bo jest jeszcze kilka rzeczy, o których bardzo marzę.

Kolejnym z cudownych dla mnie momentów jest jutrzejszy dzień. Jak będzie z maturą, tak będzie, ale zakończenie liceum jest dla mnie ogromnym przeżyciem. Przekraczając próg mojej szkoły prawie trzy lata temu wiedziałam, że nie pójdę na studia. Moje zainteresowania są tak znikome dla małego miasta, w którym mieszkam, że żadna szkoła nie dawała mi możliwości rozwijania ich. Trafiło na zwykłą klasę humanistyczną w jednym z lepszych liceów i nie żałuję tego. Przeżyłam wspaniałe chwile, o których będę pamiętać do końca życia, poznałam ludzi, z którymi może nie będę utrzymywać kontaktów, bo wiem jakie są realia, ale są to osoby, na które mogłam liczyć w ciągu tego ostatniego etapu edukacji obowiązkowej. Dopiero w klasie maturalnej okazało się, że w klasie mam bratnią duszę. A. jest jak siostra! Chociaż wiem, że czasem ma mnie dosyć, to uwielbiam z nią rozmawiać o wszystkim, nawet jeśli mówimy o czymś, o czym nie mam zielonego pojęcia. Na osoby fałszywe szkoda już czasu, nie ma co rozpamiętywać, pewnie jeszcze nie raz na takie trafię.

Już słyszę tłum "mądrali" - niszczysz sobie życie nie idąc na studia i inne takie. Ale i po studiach w Polsce są nikłe szanse na dobrą pracę. A poza tym tego co chcę robić nie da się studiować. Dalej stoję uparcie i bronię mojego wizażu. I prędzej czy później do szkoły wizażu pójdę - po niej z certyfikatami można dostać się do pracy w wielu miejscach. Jest to zawód, w którym cały czas trzeba się doszkalać, ale mając początek i papiery, reszta jest banalnie prosta. 

Nie, o USA nie zapomniałam! Dalej okropnie chcę tam wyjechać. Nie wiem czy znów pokuszę się na zostanie au pair, czy podejmę się wyzwaniu dwutygodniowych wakacji, ale tak czy siak Ameryka jest na samej górze mojej listy. Ogólnie uwielbiam podróżować i mam nadzieję, że uda mi się zwiedzić wiele pięknych zakątków świata, ale to jeszcze czas pokaże. 

Na razie muszę napisać matury, które zlecą mi jak zwykle bardzo szybko, spakować się i lecieć w nieznane. W poniedziałek się odprawiłam, wydrukowałam bilet i patrzę na ten bilet jak zaczarowana. Zarezerwowałam sobie również miejsce w busie do Warszawy. Wyjeżdżam o 4:50, droga powinna trwać 4-4,5 godziny. Miła pani w rezerwacji powiedziała mi też, że kierowca będzie mógł zawieźć mnie na lotnisko, więc oszczędzę sobie latania z walizkami i szukania odpowiedniego autobusu/metra/pociągu.


niedziela, 24 kwietnia 2016

SundayTravel: Baden

Dziś zabieram Was do Baden - niedużego miasta w kantonie Aargau. Jest to najbliżej położone większe miasto od moich rodziców (o ile się nie mylę, mamy tam jakieś 6km). W Baden byłam tak wiele razy, że nawet nie jestem w stanie tego policzyć. Miasto jest cudowne, są tam jakieś sklepy, można spacerować bez końca, a bliskie położenie jest na plus.

Na przedostatnim wiosennym zdjęciu znajdują się ruiny zamku, zaś pierwsze zdjęcie wiosenne i trzy zimowe to już panorama z tego zamku. Wejście na górę jest naprawdę ogromnym wyzwaniem dla tych, którzy nie chodzą po górach. Byłam na górze dwa razy, ale nie wiem czy weszłabym jeszcze raz, bo ostatnim razem nogi miałam jak z waty. Podejrzewam, że to przez to, że była zima, było dość ślisko i powietrze było mroźne, a ciężko się wtedy oddycha. 

No cóż... do matury zostało tak mało dni, że mogę je policzyć na palcach obu dłoni. Dosłownie. Wyjazd za 3 tygodnie, też minie szybko, szczególnie, że dopiero było 100 dni do wyjazdu, a już mam 21. W środę większość moich rzeczy zabrali moi rodzice. Spakowałam wszystko do ogromnej torby - rzeczy zimowe, buty, książki i inne duperele, które przez te 3 tygodnie nie będą mi potrzebne. Zaraz po maturze muszę wyrzucić stare zeszyty, oddać bratu książki, zacząć się pakować! Nie wiem jak to wszystko ogarnę w kilka dni, szczególnie, że mam zaplanowanych kilka spotkań pożegnalnych ze znajomymi.

wiosna 2013







zima 2016




niedziela, 17 kwietnia 2016

SundayTravel: Zurych

Wczoraj był 16 kwietnia, a więc równy miesiąc do mojego wylotu! Niesamowite, jestem w coraz większym szoku jak ten czas szybko leci. Do matury zostało 2,5 tygodnia, a ja dalej czego nie umiałam tego nie umiem. I co gorsze - wcale nie chce mi się uczyć...

Zurych jest jednym z moich ulubionych miast w Szwajcarii. Niby nie ma tam nic spektakularnego, bo wiem, że są dużo ciekawsze miasto, to jednak za każdym razem robi na mnie ogromne wrażenie. W Zurychu byłam już kilka dobrych razy, ale zazwyczaj tylko na zakupach! Tak naprawdę, żeby pozwiedzać, porobić zdjęcia to byłam dwa razy - w czym raz to zdjęcia jakiejś parady (nawet nie pamiętam kto mądry robił wtedy zdjęcia). 

Myślę też, że jest to miasto, które w ciągu mojego au pair roku odwiedzę nie raz i nie dwa. ;)