wtorek, 24 maja 2016

Welcome to Basel-Land!

W sobotę 21. maja wybrałam się na spacer po okolicy. Ale nie do miasta, o nie, nie! Poszłam się przejść polnymi drogami i zdecydowałam się, że nie wrócę do domu dopóki nie zrobię 10 000 kroków. Chciałam dojść do granicy z Francją, ale pomyliły mi się kierunki, więc ostatecznie doszłam do miejsca, gdzie zaczyna się sąsiednia miejscowość. Widoki po drodze zapierały dech w piersiach! Bardzo podoba mi się to, że mogę pójść na spacer, jogging, cokolwiek i nie będzie przy tym tłumów. Tymi drogami poruszają się tylko ludzie, którzy mają cele podobne do moich, także naprawdę duży plus. 

Wiecie co jest tutaj ciekawe? Nie wiem jak w innych państwach, ale są tutaj punkty, gdzie można samemu zebrać sobie kwiaty, a pieniądze wkłada się do puszki na to przeznaczonej. W Polsce pewnie nie byłoby ani kwiatów, ani pieniędzy!

Zaobserwowałam też dużo stadnin w pobliżu oraz łąk, gdzie pasą się krowy. Z jednej strony miasto, a z drugiej wieś - dosłownie. Z wiejską stroną związane są wszelkie obrzydliwe owady i łajno na drodze, ale nie ma źle. Pośród pól, gdzie słońce grzeje naprawdę mocno można się opalić. Sama opaliłam dziś ręce i dekolt, ale niestety został mi biały pasek po torebce przed ramię. 









piątek, 20 maja 2016

Pierwszy tydzień jako au pair

Swoją podróż zaczęłam o 3:00 rano, kiedy to musiałam wstać. O 4:50 miałam mieć busa, który nie przyjechał - wyobraźcie sobie mnie panikującą, że nie zdążę na samolot. O 5:30 przyjechał inny bus i wybłagałam kierowcę, żeby mnie wziął. O 10:00 byłam na Placu Defilad w Warszawie. I co dalej? Nie wiedziałam co robić, czułam, że zaraz się zgubię, więc wzięłam taksówkę - jeśli kogoś interesuje ile kosztuje taksówka z Placu Defilad na Okęcie, to powiem wam, że ja wynegocjowałam 65zł. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale byłam tak zestresowana, że zaryzykowałam. Byłam na lotnisku 4 godziny przed odlotem. Ledwie wytrzymałam 2 godziny do odprawy, nie miałam co robić, pomimo że w torebce miałam 2 książki. Po odprawie było już z górki. Nie czekałam długo, a na strefie bezcłowej kupiłam butelkę wody za ostatnie 6zł w portfelu (przyleciałam do Bazylei z 50 groszami w żółciakach). Lot był fantastyczny, dalej nie mogę uwierzyć, że leciałam. Na początku kręciło mi się w głowie, pewnie przez gwałtowną zmianę ciśnienia, ale do końca podróży, która trwała zaledwie 1 godzinę 15 minut, czułam się fantastycznie!



Z lotniska odebrał mnie host i dwoje z dzieci. Podróż do domu nie trwała długo, może 15 minut. Zostałam miło powitana przez resztę domowników, a potem poszłam się odświeżyć po podróży. Rozpakowałam walizki, przygotowałam prezenty, a wieczorem udałam się na dół na kolację, na której była również moja poprzedniczka M. Wspaniała dziewczyna! Dostałam od niej list, w którym zawarła wskazówki, gdzie udać się w Bazylei na kawę/herbatę/jedzenie i nie wydać dużo. Dostałam również nazwiska i numery telefonów jej koleżanek, które z chęcią się ze mną zapoznają! Przy okazji powiedziała mi "Będzie ci tutaj dobrze, lepiej trafić nie mogłaś" i popłakała się. Myślę, że faktycznie rodzina jest wspaniała.

Pierwsza noc była dla mnie cudowna, wyspałam się jak nigdy - a to za sprawą świetnego materaca. Kazali mi spać do 9:00, ale zrobiłam to o 6:00. Nawet byłam pierwsza w kuchni na śniadaniu, szok, niedowierzanie. Pojechałam z hostem zawieźć dzieci do szkoły, potem załatwialiśmy papierki. Następnie miałam ok. 3 godzin wolnego, pojechałam z hostką po dzieci i zajmowałam się nimi do 19:00. Pierwszy dzień wyszło chyba właśnie równe 6 godzin tak jak powinnam pracować.

Mniej więcej tak wygląda cała dzielnica, w której mieszkam.
Drugiego dnia miałam zacząć pracę o 10:30, ale wstałam o 6:30, zebrałam się i o 7:40 jadłam śniadanie. Zdecydowałam się pójść na pocztę, która mieści się w centrum - ok. 15 minut spacerkiem. Jedynie co, kiedy szłam na pocztę droga prowadziła z górki, a z powrotem musiałam się wspinać, a na koniec się zgubiłam i kręciłam się między uliczkami.
Pracę ostatecznie zaczęłam o 11:00 i pracowałam do ok. 17:00. Zostałam rzucona na głęboką wodę - zostałam sama z małą X. w domu i musiałam położyć ją do spania, ale jestem z siebie dumna! Wszystko poszło tak jakbym chciała. Chłopcy lubią się ze mną bawić, więc nie ma źle. Dodatkowo na każdym kroku pytają mnie, czy czegoś potrzebuję i uświadamiają mnie, że jestem członkiem rodziny.

Czwartek w większości jest moim dniem off (zarówno jak wtorki). Jedynym moim zadaniem jest odebranie dzieci ze szkoły o 15:30 (muszę wyjść o 14:45 i wracam po 16:00). Wstałam rano z pełnym zapałem, zjadłam śniadanie, posprzątałam kuchnię i salon, poćwiczyłam, ogarnęłam się i oznajmiłam HM, że jadę do centrum na spacer - spacer skończył się zakupami z powodu okropnego deszczu. Spotkałyśmy się z HM pod szkołą, wzięłam X. i T. do domu, a ona z R. pojechała na zajęcia pozalekcyjne. Kiedy wróciła do domu powiedziała mi, że nie muszę sprzątać jak jestem off (chodziło o kuchnię z rana), musiałam jej wytłumaczyć, że to mnie nie kosztowało dużo, a zawsze jest miło. Żebyście widzieli jej minę i to jak mi dziękowała, że jest bardzo wdzięczna! Po prostu wow!



Piątek był najbardziej pracowitym dniem tego tygodnia. Zaczęłam zgodnie z planem o 8:00. Zaliczyłam pierwsze zmienianie pieluch, ponownie zostałam sama z małą, ale niestety dziś nie była w dobrym nastroju. Minutę się śmiała, minutę płakała i tak w kółko. Czasem chciałabym zrozumieć o czym te dzieciaki myślą, że płaczą bez powodu. Przed 13:00 zjadłam z HM lunch, przebrałam się i pojechałam po chłopców do szkoły. Okazało się, że nasz autobus do domu będzie za 25 minut, więc zdecydowaliśmy się iść na piechotę, co zajęło nam dokładnie 25 minut. Czasem warto się spiąć, bo jednak lepiej się przespacerować niżeli czekać w upale taki czas. Dzięki temu spacerowi odkryłam piękne miejsce nieopodal domu (lasy, pola, łąki na granicy szwajcarsko-francuskiej), jest tam wiele dróżek, więc muszę wsiąść na rower i zobaczyć co kryje ta okolica.

Cały tydzień po trochu pisałam ten post! Już wiem jak wygląda życie au pair - i pomimo tego, że jednak mam trochę czasu wolnego, to rozmawiam dużo z rodziną i znajomymi, nadrabiam zaległości internetowe, a żeby napisać sensowny post trzeba trochę przysiąść.
Wkrótce napiszę o pierwszych zajęciach języka niemieckiego, na których czułam się zażenowana sama sobą oraz coś o mojej okolicy, jeżeli wybiorę się na przejażdżkę rowerową. 

środa, 11 maja 2016

Słowacki wielkim poetą był

... cóż tak wielkim, że nawet na maturze się nie trafił. Dziś kilka słów o maturze, o tym jak ja ją odebrałam i jak mi poszło podczas wszystkich egzaminów. Postaram się, żeby ten pogadankowy post nie był zbyt długi (bo w ostatnim rozpisałam się aż nadto), chociaż jak pewnie zauważyliście - piszę dużo, gdyż zawsze mam dużo do powiedzenia. Ale to chyba moja negatywna cecha charakteru (chociaż...).

4 maja
Język polski był dla mnie miłym zaskoczeniem. Tej nocy spałam ledwie ponad godzinę, ale podczas tego snu śnił mi się "Pan Tadeusz". Poprzedniego dnia namiętnie powtarzałam tę lekturę, a długopisy rozpisywałam pisząc na kartce "Adam Mickiewicz". Z histerią wybrałam się do szkoły. Nie było po co tak panikować! Kiedy nareszcie mogłam otworzyć arkusz byłam bardzo szczęśliwa. Czytanie ze zrozumieniem poszło mi średnio, ale to u mnie normalnie, nie specjalnie dobrze czuję się w tego typu zadaniach. Teraz muszę czekać do lipca na wyniki - mam ogromną nadzieję, że nie palnęłam nic głupiego na wypracowaniu, a moja praca zostanie oceniona w granicach 60-65%. 

5 maja
Matematyka - ach, postrach humanistów... I w moim przypadku również, aleeee. Wychodząc z sali na 15 minut przed końcem czasu, wiedziałam, że poszło mi okej, ale nie mogę spodziewać się kokosów. A to dlaczego? A to dlatego, że zawsze byłam noga z matematyki. Obiecałam sobie, że nie sprawdzę wyników w Internecie, bo one często znacznie różnią się od prawidłowych odpowiedzi, aczkolwiek ostatecznie moja słaba wola wygrała i zajrzałam tu i ówdzie. I co?! Według odpowiedzi na tamten moment (nie było jeszcze wszystkich zadań otwartych) wychodziło mi jakieś 25 punktów! A 25 punktów to 50%! Możecie sobie tylko wyobrazić jaka byłam szczęśliwa! Od razu musiałam zadzwonić do rodziców i pochwalić się. Jestem spokojna, najgorsze ze mną!

6 maja
Angielski podstawowy - według wyników internetowych zrobiłam tylko 1 błąd. ;) Chyba powinnam się cieszyć, prawda? Co prawda, nie wiem co z mailem, ale zawsze pisałam go na maksymalną ilość punktów, więc nie mam o co się martwić. Zresztą, to było tak banalne, że aż za bardzo.

Ale za to angielski rozszerzony... Uważam, że był bardzo ambitny. Ja jak ja, jakoś sobie poradziłam. Gorzej niż przy próbnych, ale cóż. Powinnam mieć ok. 70%, gdzie zazwyczaj miałam ok. 80%. Dla mnie jest to pewnego rodzaju porażka, ale to nie moja wina, nie można być ze wszystkiego najlepszym.

9 maja
Angielski ustny - 100%!!! :D Czyż nie mogło być lepiej? Czas przeznaczony na ustny angielski to 5 minut, a ja pokonałam wszystko w zaledwie 4 minuty! Co lepsze - byłam ostatnia na liście w mojej grupie, a pan egzaminator powiedział, że byłam najlepsza. Chyba więcej dodawać nie muszę. :)

11 maja
Polski ustny. Och, wiedząc z kim będę miała ustny, to byłam okropnie przerażona! Ścisnęło mnie w gardle i weź tu człowieku idź tak na maturę. Ale wyjścia przecież nie miałam. Czekałam grzecznie na swoją kolej, a gdy już weszłam i okazało się, że trafił mi się wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera, to zbladłam. Nie mogłam sobie przypomnieć z jakiej epoki pochodzi ten oto kolejny "artysta", a poza tym nienawidzę wierszy. Nie mogłam znaleźć dla siebie niczego istotnego, czegoś w czym czułabym się dobrze, więc improwizowałam. I jak się skończyło? 36 na 40 punktów! 90%!!! Jestem z siebie tak zadowolona. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec!

Podsumowując matury, ja jestem zadowolona, uważam, że poszło mi całkiem nieźle, teraz tylko czekać na wyniku w lipcu.

niedziela, 8 maja 2016

SundayTravel: Berno

No i moi mili, tydzień do wylotu! Jestem już po maturach pisemnych, jutro ustny angielski, a we środę ustny polski. O maturach napiszę właśnie we środę, żeby podsumować moje obiekcje dotyczące tegorocznej matury. Ale póki co powiem, że nie było tak źle! A wręcz jestem zadowolona. ;)

W sobotę lub w niedzielę pojawi się post odnośnie mojego pakowania, ostatnich zakupów i pożegnań, których nie będzie tak wiele jak pisałam w jednym z ostatnich postów. Mam nadzieję, że osoby, które zechcą się ze mną pożegnać będą przyjaciółmi na długo. S. obiecała mi, że przyjeżdża do mnie w lecie. Do tego znalazłam sobie kompana na moje wyprawy po Szwajcarii, ale o tym bliżej moich wakacji, bo niczego nie mamy zaplanowanego, a poza tym wszystko może się zmienić, bo mam milion pomysłów na minutę.

Berno zachwyciło mnie "innością". Wydaje mi się, że różni się od typowych szwajcarskich miast. A to może dlatego, że ulice ciągną się i ciągną oraz znajdują się tam arkady? W każdym razie bardzo mi się tam podobało, chociaż miasto nie jest na mojej top liście szwajcarskich miejscowości.







niedziela, 1 maja 2016

SundayTravel: Lucerna

Nie mogę uwierzyć, że to już maj! W środę zaczynają się matury, a dopiero było tak daleko. Niby coś umiem, ale przez te trzy dni muszę przeczytać jeszcze kilka rzeczy na polski. Jakoś w tym momencie matematyka wydaje mi się może nie tyle prosta, o ile myślę, że jestem do niej lepiej przygotowana niż do polskiego. A szczególnie ustnego, ale ustny polski mam dopiero w przyszłą środę, więc będę miała jeszcze weekend i cały wtorek (bo w poniedziałek ustny angielski) do przygotowywania się. Struktury gramatyczne i wiersze... Jak na złość na ustnym jest to z czego jestem noga. Za dwa tygodnie lecę, muszę kupić jeszcze polskie słodycze, ale to po maturze, bo będę miała jeszcze kilka dni na to.

Uwielbiam Lucernę! Póki co, jest to moje ulubione miasto w Szwajcarii, w którym byłam. Genewa też jest cudowna, ale problem w tym, że dominuje tam język francuski, którego nienawidzę z całego serca od dawien dawna. Już jako 10-latka zostałam zmuszona przez rodziców, żeby uczęszczać na język francuski, a jak czegoś nie chcę, to nie i koniec kropka. Dobrze, że po 3 latach rodzice poddali się i pozwolili mi zmienić szkołę na taką, w której uczyli niemieckiego.