środa, 11 maja 2016

Słowacki wielkim poetą był

... cóż tak wielkim, że nawet na maturze się nie trafił. Dziś kilka słów o maturze, o tym jak ja ją odebrałam i jak mi poszło podczas wszystkich egzaminów. Postaram się, żeby ten pogadankowy post nie był zbyt długi (bo w ostatnim rozpisałam się aż nadto), chociaż jak pewnie zauważyliście - piszę dużo, gdyż zawsze mam dużo do powiedzenia. Ale to chyba moja negatywna cecha charakteru (chociaż...).

4 maja
Język polski był dla mnie miłym zaskoczeniem. Tej nocy spałam ledwie ponad godzinę, ale podczas tego snu śnił mi się "Pan Tadeusz". Poprzedniego dnia namiętnie powtarzałam tę lekturę, a długopisy rozpisywałam pisząc na kartce "Adam Mickiewicz". Z histerią wybrałam się do szkoły. Nie było po co tak panikować! Kiedy nareszcie mogłam otworzyć arkusz byłam bardzo szczęśliwa. Czytanie ze zrozumieniem poszło mi średnio, ale to u mnie normalnie, nie specjalnie dobrze czuję się w tego typu zadaniach. Teraz muszę czekać do lipca na wyniki - mam ogromną nadzieję, że nie palnęłam nic głupiego na wypracowaniu, a moja praca zostanie oceniona w granicach 60-65%. 

5 maja
Matematyka - ach, postrach humanistów... I w moim przypadku również, aleeee. Wychodząc z sali na 15 minut przed końcem czasu, wiedziałam, że poszło mi okej, ale nie mogę spodziewać się kokosów. A to dlaczego? A to dlatego, że zawsze byłam noga z matematyki. Obiecałam sobie, że nie sprawdzę wyników w Internecie, bo one często znacznie różnią się od prawidłowych odpowiedzi, aczkolwiek ostatecznie moja słaba wola wygrała i zajrzałam tu i ówdzie. I co?! Według odpowiedzi na tamten moment (nie było jeszcze wszystkich zadań otwartych) wychodziło mi jakieś 25 punktów! A 25 punktów to 50%! Możecie sobie tylko wyobrazić jaka byłam szczęśliwa! Od razu musiałam zadzwonić do rodziców i pochwalić się. Jestem spokojna, najgorsze ze mną!

6 maja
Angielski podstawowy - według wyników internetowych zrobiłam tylko 1 błąd. ;) Chyba powinnam się cieszyć, prawda? Co prawda, nie wiem co z mailem, ale zawsze pisałam go na maksymalną ilość punktów, więc nie mam o co się martwić. Zresztą, to było tak banalne, że aż za bardzo.

Ale za to angielski rozszerzony... Uważam, że był bardzo ambitny. Ja jak ja, jakoś sobie poradziłam. Gorzej niż przy próbnych, ale cóż. Powinnam mieć ok. 70%, gdzie zazwyczaj miałam ok. 80%. Dla mnie jest to pewnego rodzaju porażka, ale to nie moja wina, nie można być ze wszystkiego najlepszym.

9 maja
Angielski ustny - 100%!!! :D Czyż nie mogło być lepiej? Czas przeznaczony na ustny angielski to 5 minut, a ja pokonałam wszystko w zaledwie 4 minuty! Co lepsze - byłam ostatnia na liście w mojej grupie, a pan egzaminator powiedział, że byłam najlepsza. Chyba więcej dodawać nie muszę. :)

11 maja
Polski ustny. Och, wiedząc z kim będę miała ustny, to byłam okropnie przerażona! Ścisnęło mnie w gardle i weź tu człowieku idź tak na maturę. Ale wyjścia przecież nie miałam. Czekałam grzecznie na swoją kolej, a gdy już weszłam i okazało się, że trafił mi się wiersz Kazimierza Przerwy-Tetmajera, to zbladłam. Nie mogłam sobie przypomnieć z jakiej epoki pochodzi ten oto kolejny "artysta", a poza tym nienawidzę wierszy. Nie mogłam znaleźć dla siebie niczego istotnego, czegoś w czym czułabym się dobrze, więc improwizowałam. I jak się skończyło? 36 na 40 punktów! 90%!!! Jestem z siebie tak zadowolona. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec!

Podsumowując matury, ja jestem zadowolona, uważam, że poszło mi całkiem nieźle, teraz tylko czekać na wyniku w lipcu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz