piątek, 20 maja 2016

Pierwszy tydzień jako au pair

Swoją podróż zaczęłam o 3:00 rano, kiedy to musiałam wstać. O 4:50 miałam mieć busa, który nie przyjechał - wyobraźcie sobie mnie panikującą, że nie zdążę na samolot. O 5:30 przyjechał inny bus i wybłagałam kierowcę, żeby mnie wziął. O 10:00 byłam na Placu Defilad w Warszawie. I co dalej? Nie wiedziałam co robić, czułam, że zaraz się zgubię, więc wzięłam taksówkę - jeśli kogoś interesuje ile kosztuje taksówka z Placu Defilad na Okęcie, to powiem wam, że ja wynegocjowałam 65zł. Nie wiem czy to dobrze czy źle, ale byłam tak zestresowana, że zaryzykowałam. Byłam na lotnisku 4 godziny przed odlotem. Ledwie wytrzymałam 2 godziny do odprawy, nie miałam co robić, pomimo że w torebce miałam 2 książki. Po odprawie było już z górki. Nie czekałam długo, a na strefie bezcłowej kupiłam butelkę wody za ostatnie 6zł w portfelu (przyleciałam do Bazylei z 50 groszami w żółciakach). Lot był fantastyczny, dalej nie mogę uwierzyć, że leciałam. Na początku kręciło mi się w głowie, pewnie przez gwałtowną zmianę ciśnienia, ale do końca podróży, która trwała zaledwie 1 godzinę 15 minut, czułam się fantastycznie!



Z lotniska odebrał mnie host i dwoje z dzieci. Podróż do domu nie trwała długo, może 15 minut. Zostałam miło powitana przez resztę domowników, a potem poszłam się odświeżyć po podróży. Rozpakowałam walizki, przygotowałam prezenty, a wieczorem udałam się na dół na kolację, na której była również moja poprzedniczka M. Wspaniała dziewczyna! Dostałam od niej list, w którym zawarła wskazówki, gdzie udać się w Bazylei na kawę/herbatę/jedzenie i nie wydać dużo. Dostałam również nazwiska i numery telefonów jej koleżanek, które z chęcią się ze mną zapoznają! Przy okazji powiedziała mi "Będzie ci tutaj dobrze, lepiej trafić nie mogłaś" i popłakała się. Myślę, że faktycznie rodzina jest wspaniała.

Pierwsza noc była dla mnie cudowna, wyspałam się jak nigdy - a to za sprawą świetnego materaca. Kazali mi spać do 9:00, ale zrobiłam to o 6:00. Nawet byłam pierwsza w kuchni na śniadaniu, szok, niedowierzanie. Pojechałam z hostem zawieźć dzieci do szkoły, potem załatwialiśmy papierki. Następnie miałam ok. 3 godzin wolnego, pojechałam z hostką po dzieci i zajmowałam się nimi do 19:00. Pierwszy dzień wyszło chyba właśnie równe 6 godzin tak jak powinnam pracować.

Mniej więcej tak wygląda cała dzielnica, w której mieszkam.
Drugiego dnia miałam zacząć pracę o 10:30, ale wstałam o 6:30, zebrałam się i o 7:40 jadłam śniadanie. Zdecydowałam się pójść na pocztę, która mieści się w centrum - ok. 15 minut spacerkiem. Jedynie co, kiedy szłam na pocztę droga prowadziła z górki, a z powrotem musiałam się wspinać, a na koniec się zgubiłam i kręciłam się między uliczkami.
Pracę ostatecznie zaczęłam o 11:00 i pracowałam do ok. 17:00. Zostałam rzucona na głęboką wodę - zostałam sama z małą X. w domu i musiałam położyć ją do spania, ale jestem z siebie dumna! Wszystko poszło tak jakbym chciała. Chłopcy lubią się ze mną bawić, więc nie ma źle. Dodatkowo na każdym kroku pytają mnie, czy czegoś potrzebuję i uświadamiają mnie, że jestem członkiem rodziny.

Czwartek w większości jest moim dniem off (zarówno jak wtorki). Jedynym moim zadaniem jest odebranie dzieci ze szkoły o 15:30 (muszę wyjść o 14:45 i wracam po 16:00). Wstałam rano z pełnym zapałem, zjadłam śniadanie, posprzątałam kuchnię i salon, poćwiczyłam, ogarnęłam się i oznajmiłam HM, że jadę do centrum na spacer - spacer skończył się zakupami z powodu okropnego deszczu. Spotkałyśmy się z HM pod szkołą, wzięłam X. i T. do domu, a ona z R. pojechała na zajęcia pozalekcyjne. Kiedy wróciła do domu powiedziała mi, że nie muszę sprzątać jak jestem off (chodziło o kuchnię z rana), musiałam jej wytłumaczyć, że to mnie nie kosztowało dużo, a zawsze jest miło. Żebyście widzieli jej minę i to jak mi dziękowała, że jest bardzo wdzięczna! Po prostu wow!



Piątek był najbardziej pracowitym dniem tego tygodnia. Zaczęłam zgodnie z planem o 8:00. Zaliczyłam pierwsze zmienianie pieluch, ponownie zostałam sama z małą, ale niestety dziś nie była w dobrym nastroju. Minutę się śmiała, minutę płakała i tak w kółko. Czasem chciałabym zrozumieć o czym te dzieciaki myślą, że płaczą bez powodu. Przed 13:00 zjadłam z HM lunch, przebrałam się i pojechałam po chłopców do szkoły. Okazało się, że nasz autobus do domu będzie za 25 minut, więc zdecydowaliśmy się iść na piechotę, co zajęło nam dokładnie 25 minut. Czasem warto się spiąć, bo jednak lepiej się przespacerować niżeli czekać w upale taki czas. Dzięki temu spacerowi odkryłam piękne miejsce nieopodal domu (lasy, pola, łąki na granicy szwajcarsko-francuskiej), jest tam wiele dróżek, więc muszę wsiąść na rower i zobaczyć co kryje ta okolica.

Cały tydzień po trochu pisałam ten post! Już wiem jak wygląda życie au pair - i pomimo tego, że jednak mam trochę czasu wolnego, to rozmawiam dużo z rodziną i znajomymi, nadrabiam zaległości internetowe, a żeby napisać sensowny post trzeba trochę przysiąść.
Wkrótce napiszę o pierwszych zajęciach języka niemieckiego, na których czułam się zażenowana sama sobą oraz coś o mojej okolicy, jeżeli wybiorę się na przejażdżkę rowerową. 

2 komentarze:

  1. Byłam au pair w Basel... już 4 lata temu :O! Dla mnie najwspanialsze miejsce na świecie i wracam tam regularnie :) czeka Cię wspaniały czas!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! Szczególnie, że trafiłam na rewelacyjną rodzinę!

      Usuń