A zapowiadało się tak cudownie! Jestem po próbnych maturach, a w związku z tym, że dziś mamy dzień otwarty szkoły i nie piszę dzisiejszych matur mam dzień wolny. Fajnie, co nie? Piątek wolny, dłuższy weekend, miał być pracowity i pożyteczny - miałam powtarzać polski. I co? Zaprezentuj język niemiecki na dniach otwartych! Bo tak! Bo dlaczego nie?! Ten moment, gdy sorka cię o coś prosi, bo nie ma kogo w to zaangażować. Mam ta siedzieć 2-3 godziny i opowiadać o czym tylko się da: ogólnie o języku niemieckim, o szkole i nauczaniu w niej języka niemieckiego, o Szwajcarii, o au pair. Jedyny pozytywny aspekt jest taki, że będę siedziała tam sama ze znajomymi, więc jest szansa, że jeśli gimnazjaliści do nas nie zajrzą, to będę mieć 3 godziny spokoju.
Trochę się stresuje, bo jeśli ktoś zada jakieś skomplikowane pytanie i okaże się, że siedzę tam dla picu, bo mój niemiecki nie jest wystarczający, że sypać zwrotami na prawo i lewo, to będzie klapa. Ja - prawie 19-latka - spaliłabym się przy takich dzieciaczkach. Masakra, nie?
Potem wybieram się z przyjaciółką na jakąś kawę, ciastko, cokolwiek. Miałam ostatnio gorsze dni i muszę się jej wygadać. Niby nic się nie stało, ale jestem załamana próbną maturą z matematyki. Poszło mi nawet okej. W sumie dobrze, prawie wszystkie zadania otwarte zrobiłam dobrze. ALE. Żeby nie było tak kolorowo - w każdym zgubiłam tu minusa, tam jakąś liczbę, gdzie indziej coś przekręciłam i niestety... wszystko mi wyzerowali i skończyłam z 28%. Zabrakło mi uwaga... JEDNEGO punktu. Brawo ja. Głupota level nie wiem który.
No nic... Nie będę się już nad sobą tak użalała. Zbieram się i wychodzę prezentować niemiecki jak najlepiej umiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz